wtorek, 30 maja 2017

Majówka w Sliemie na Malcie


W tym roku mój urlop był najlepszy, najbardziej spokojny i najdłuższy ze wszystkich jakie miałam w życiu :) Zdecydowałam się na wzięcie owego urlopu w maju, żeby zebrać siły jeszcze przed tym, zanim na uczelni rozpętała się, prawdziwa burza związana z sesją egzaminacyjną, pisaniem i obroną pracy magisterskiej. Mój plan powiódł się, bo na Malcie zupełnie zapomniałam o codzienności. Każdego ranka odsłaniając okno byłam zaskoczona, że pogoda dopisuje, świeci słońce, a na niebie nie ma ani jednej chmury- przez cały tydzień! Podczas wyjazdu byłam nastawiona na zwiedzanie, w niektóre dni robiłam około 20 kilometrowy spacer wzdłuż wybrzeża, które jest wprost niesamowite!



Gdzie jest moja opalenizna? :) 


Jak widzicie na zdjęciach, niezupełnie udało mi się uzyskać złotą opaleniznę, wręcz odwrotnie, mam wrażenie, że podczas wyjazdu chyba jeszcze pobladłam, od używania kremu z wysokim filtrem. Słońce było tam bardzo ostre i jako bladolica wolałam nie ryzykować zrzuceniem skóry zaraz po powrocie do domu :) Najczęściej na jakąkolwiek zdrową opalenizną muszę popracować przynajmniej kilkanaście dni i przebywać na słońcu po max 20. minut nasmarowana od stóp do głów kremem z chociażby niskim faktorem. Jednak nie mam problemów z odcieniem mojej skóry, lubię to że jest jasna i gdzieniegdzie obsypana piegami, chociaż zauważyłam, że wiele osób jest zdziwiona, że nie wróciłam z Malty jako mulatka, no bo przecież w końcu to był urlop? :) Musiałam także bardzo zwracać uwagę na ochronę włosów przed promieniami słońca. Często związywałam włosy, wplatałam w nie chustkę, a w stolicy Malty- Valettcie, prócz pamiątek, zdecydowałam się za zakup bardzo praktycznego kapelusza- panamy.  Niestety zdjęcia nie ukazują piękna tej malowniczej wyspy. Widok z balkonu hotelowego na stolicę zapierał dech w piersiach nie tylko w dzień ale także w nocy, gdy światło ulicznych lamp odbijało się od tafli wody- uroczy widok! Maltańczycy słyną z wykonywania wyjątkowych kołatek do drzwi. Same drzwi także nie były podobne do tych, do których przywykliśmy w Polsce. Drzwi każdego domu były jedyne w swoim rodzaju, kolorowe i zawsze z kołatką o niecodziennym kształcie. Na dowód, że nie zmyślam, zerknijcie na jedno z ostatnich zamieszczonych zdjęć, zrobionych kamerką Gopro. A propos Gopro, mój "Hero" jest niezastąpiony na wakacjach. Lekki, poręczny, świetnie nurkuje i robi odjazdowe zdjęcia, a także nagrywa filmy w jakości 4K. O kamerce wspominałam już w lutowym wpisie z ulubieńcami. 


Co wspominam najlepiej? 

W momencie kiedy ja pływałam, w basenie znajdującym się na zewnątrz, znajomi wysyłali mi zdjęcia z Polski, w której padał śnieg. Świadomość, że zaraz wrócę do kraju, w którym jest przymrozek, pozwalała jeszcze bardziej cieszyć się chwilą i korzystać z pogody w dwustu procentach :) 


Co inni wspominają najlepiej? 

W dzień wyjazdu do domu, założyłam do samolotu wyżej wspomnianą panamę, która po wyjściu na płytę gdańskiego lotniska pokryła się grubą warstwą śniegu. To był jednocześnie najśmieszniejszy i najbardziej przykry moment całej wycieczki. Powrót komunikacją miejską w letnim kapeluszu, gdy reszta współpasażerów nosi czapki i rękawiczki, dostarczył wrażeń nie tylko mi :) Mam nadzieję, że mój widok komukolwiek poprawił dzień.

Jak zawsze zachęcam do obserwowania mnie na Instagramie , gdzie pojawiła się większość zdjęć z wpisu, zanim dodałam je na bloga.
 


Całuję,
Jess.


A teraz bonus do wpisu w postaci tylko niektórych filmików z wyjazdu, które chociaż trochę nadają się do publikacji :) 






6 komentarzy:

Dziękuję, każdy komentarz przynosi mi wiele radości :)